Wszyscy wiemy, jak WHO umożliwiła homolobbystom walkę o „postęp” i „tolerancję”. Tym razem – jak niegdyś pisałem na swoim blogu – idą kolejny krok naprzód. Zamierzają promować wśród dzieci zachowania seksualne. Stąd już tylko krok do walki o „tolerancję” dla pedofilii i kazirodztwa.

 

Przesadzam? WHO zaleca, by uczyć najmłodszych w wieku do 4 lat, że masturbacja jest świetna; czterolatków, że homoseksualizm jest wspaniałą alternatywą dla heteroseksualizmu, oraz że istnieją różne równie uprawnione „normy seksualne”. W wieku 6 lat przedszkolacy i uczniowie mają dowiedzieć się, iż antykoncepcja jest doskonałym wyborem dla ludzi, którzy chcą współżyć seksualnie, ale nie chcą mieć dzieci, a także gdzie w internecie można znaleźć pornografię i „jak radzić sobie z seksem w mediach” (cokolwiek to, zdaniem edukatorów, oznacza).

W podręczniku „Seksualność człowieka” pod red. Bancrofta (red. wersji polskiej prof. Zbigniew Lew-Starowicz) możemy wyczytać:  „Masturbację do chwili osiągnięcia wyraźnego orgazmu zaobserwowano u dzieci obojga płci już w wieku 6 miesięcy (Bakwin, 1973) ” (s. 155).

 

A zatem nawet niemowlaki mają orgazmy. Fakt naukowy. Nie sposób przecież poddawać w wątpliwość treści podręcznika wydanego przez renomowane wydawnictwo naukowe. Podręcznika, którzy przeszedł pozytywnie przez sito naukowej recenzji, prawda?  A jednak. Co odkryjemy, gdy zajrzymy do źródła – oryginału przytaczanego badania?

 

„Zaobserwowano dowody na występowanie erotycznych odczuć u trójki niemowląt płci żeńskiej”. Skąd ten wniosek? Obserwujący zobaczył, że dziewczynki te ocierają uda o siebie i dotykają okolic intymnych, czemu towarzyszyło zaczerwienienie twarzy i stękanie, a potem nastąpiło odprężenie. Badacz zinterpretował to jako… orgazm.

 

Można oczywiście zadać sobie pytanie, co naprawdę się wydarzyło. U niemowlaków (szczególnie alergicznych) może wystąpić zwykłe zapalenie dróg moczowych, czemu towarzyszą problemy z oddawaniem moczu i swędzenie. Pocieranie tych okolic daje chwilową ulgę. To jedno z możliwych wyjaśnień, nawet nie wspomniane.

 

Niezależnie od tego, czym w rzeczywistości były zachowania dzieci, trzeba uświadomić sobie, że obserwacja objęła zaledwie trójkę niemowląt,  a jej wynik (zinterpretowany jednoznacznie, ale czy zgodnie z prawdą?) podaje się dziś jakby opisane zachowanie było regułą, obejmującą wszystkie dzieci.

 

Co więcej – stawia się na tej podstawie diagnozy. Przykładem może być analiza z 2003 roku, która objęła „aż” 31 zgromadzonych w latach 1972–2002 przypadków dzieci, u których podejrzewano epilepsję, a zdiagnozowano nieszkodliwą, rozwojową, niemowlęcą masturbację. Teza o nieszkodliwej, powszechnie występującej, przejściowej i naturalnej masturbacji dziecięcej była podawana jak dogmat  rodzicom, mimo, że wzbudzające niepokój zachowania zdarzały się tak często, że zakłócały życie dzieciom.  Nie badano przy tym żadnych innych czynników – np. czy zachowania dzieci się są wynikiem jakiejś traumy (np. molestowania seksualnego).

 

Na tych założeniach: że masturbacja występuje już od niemowlęctwa, zaś odgrywanie scenek pornograficznych zabawkami, obsesyjne zaabsorbowanie seksem są normalną częścią życia naszych dzieci, buduje się postulat „koniecznego objęcia dzieci edukacją seksualną”. I to począwszy od przedszkola, a właściwie żłobka!

Warto byłoby przeanalizować inne „oczywiste” dla współczesnych seksuologów założenia dotyczące dziecięcej seksualności. Bo, oczywiście obserwowany przez rodziców i potwierdzony badaniami fakt latencji seksualnej – czyli utraty zainteresowania sprawami płciowości u dzieci w wieku plus minus 6 lat do początku okresu dojrzewania – jest dziś interpretowany przez seksuologów inaczej. Otóż podobno nasze dzieci w wieku 5 lat uczą się, że dla rodziców seks jest rzeczą złą, której należy się wstydzić i dlatego starannie ukrywają przed dorosłymi swe erotyczne zabawy. W domach bardziej „moralnie wyzwolonych” z kolei dzieci podobno są „sobą”, bo nie boją się opresji. Zależność odwrotna – że dziecko, które na co dzień ma do czynienia z pornografią i seksem zaczyna przejawiać niezgodną z naturalnym etapem rozwoju fascynację seksualnością – nie przychodzi już im do głowy. 

Warto wiedzieć, że pomysł WHO, by wszystkie dzieci traktować jako opętanych seksem małych dorosłych ma bardzo konkretne skutki.

 

Rezultatem tego założenia są zalecenia, by uczyć je w wieku 0-4 lat, że masturbacja jest świetna; w wieku 4 lat, że homoseksualizm jest wspaniałą alternatywą dla heteroseksualizmu, oraz, że istnieją różne równie uprawnione „normy seksualne”; w wieku 6 lat, że antykoncepcja jest doskonałym wyborem dla ludzi, którzy chcą współżyć seksualnie, ale nie chcą mieć dzieci, a także gdzie w internecie można znaleźć pornografię i „jak radzić sobie z seksem w mediach” (cokolwiek to, zdaniem edukatorów oznacza), itd. itp…

 

Ktoś pomyśli: „ale to świetnie, że ktoś pomyślał, by dzieci nie dowiadywały się głupot o seksie  od kolegów i z internetu, bo na rodziców nie ma co liczyć”. Problem polega na tym, że w zalecanym przez WHO programie znajdują się właśnie takie konkrety, jak wymieniłam powyżej. Mam wrażenie, że od kolegów dziecko dowiedziałoby się na temat seksualności rzeczy mniej szkodliwych.

 

Prawdziwym zadaniem jest wyposażenie rodziców w adekwatne narzędzia do rozmowy z dziećmi o seksualności, pozbawione szkodliwej propagandy promującej np. antykoncepcję, aborcję i „alternatywne modele moralności seksualnej”. Propozycja WHO idzie we wręcz przeciwnym kierunku.

 

Źródło: pch24.pl