W niedzielę miały miejsce uroczystości urodzinowe Lecha Wałęsy. Nie zabrakło na nich premier Ewy Kopacz. Były prezydent kończący siedemdziesiąt dwa lata usłyszał od szefowej rządu m.in. życzenia powrotu do czynnej polityki.

„Chcę panu podziękować, że pan wtedy, kiedy pan był prezydentem, teraz kiedy pan już jest byłym prezydentem, zawsze za granicą, zawsze kiedy pan opuszczał granice naszego kraju, potrafił pan pięknie, z wielką dumą mówić o swojej ojczyźnie. Za to panu bardzo serdecznie dziękuję” – zaczęła swoje wystąpienie Kopacz. To oczywiste nawiązanie do słynnych już za sprawą medialnych tub PO zagranicznych wypowiedzi Andrzeja Dudy. Uczepili się jak rzep psiego ogona. Choć z drugiej strony o czymś należałoby w kampanii wyborczej mówić. Przecież nie o programie, bo trzeba by było go posiadać.

„Nie ma przesady w tym, kiedy pan słyszy w Polsce i za granicą, że jest pan wielkim symbolem naszej wolności” – stwierdziła usłużnie. Ależ oczywiście. Wałęsa, jak wiemy z jego osobistych relacji, w pojedynkę obalił komunizm. Ale to jeszcze nie wszystko: „To pan miał odwagę, to pan miał w sobie tyle determinacji, aby dokonać wtedy, wydawałoby się, rzeczy niemożliwych. Dzisiaj dzięki panu Polska jest wolna, jest piękniejsza, jest lepsza z roku na rok. Za to również panu dziękuję” – dodała premier. Co za brednie. Ile można podsycać butę tego żałosnego egocentryka?

Na koniec jak zwykle najlepsze: „Życzę panu powrotu tu, do Polski, do czynnej polityki. Pan się pewnie zdziwi, ale życzę panu tego” – palnęła (tak to chyba trzeba określić) Kopacz. Tego nam tylko brakowało. Znając Wałęsę – uwierzy i tryumfalnie powróci. „Niech pan nam służy swoim doświadczeniem, niech pana wreszcie słuchają ci, którzy powinni pana słuchać. Wtedy wyglądałoby to zupełnie inaczej” – godny podziwu trans zdaje się nie mieć końca. Kopacz życzyła Wałęsie także zdrowia, ale najwyraźniej sama powinna zadbać o własne. Mówię to ze szczerej życzliwości. Może jeszcze nie jest za późno.