Foto: Agencia Brasil, Ricardo Stuckert

Jakiś czas temu, cały świat obiegła wiadomość o śmierci jednego ze sławniejszych komunistycznych bandytów. Zdechł jak szczur, nigdy nie doczekawszy sprawiedliwego procesu i kary.

Mowa rzecz jasna o serdecznym przyjacielu Ernesto „Che” Guevary, o tyranie, mordercy, złodzieju, rozbójniku, bandycie; czyli o komuniście. Mowa o Fidelu Castro. Reakcje świata na wieść o zgonie kubańskiego Santa Clausa nie były w żadnej mierze zdumiewające. Politykom Zachodu, rzecz jasna – głównie lewicowym dygnitarzom UE – pospadały maski. Pospadały również czarnym socjalistom z niektórych krajów afrykańskich, na przykład RPA. Nie był to jednak odpowiedni czas na polityczny „coming-out” dla Chin czy Rosji, które szybko musiały odkurzyć i przywdziać kamuflaże minionych epok i zamkniętych rozdziałów, na powrót udając komunistyczne kraje, trzymające ręce Kubańczyków w braterskim uścisku, po tej jakże bolesnej i nieodżałowanej stracie.

Całkowicie bezsensowny, teatralny szał ogarnął cały polityczny świat. Niezrozumiała dla mnie dulszczyzna wyciekła najobficiej z trzech państw, w kierunku których najchętniej kierowałbym swoją sympatię. Pierwszym z nich jest Rosja. „Fidel Castro był szczerym i niezawodnym przyjacielem Rosji. Wniósł ogromny wkład w ustanowienie i rozwój stosunków rosyjsko-kubańskich, ścisłej strategicznej współpracy we wszystkich sferach”. Pisał Władimir Putin w telegramie do brata zmarłego złoczyńcy, Raula Castro. De facto jest zrozumiałe, że Putin podtrzymuje pewien mit „komunistycznej” Rosji, zważywszy nie tylko na pomieszanie z poplątaniem właściwe dla semantyki w dzisiejszych stosunkach międzynarodowych, ale też biorąc pod uwagę wciąż żywe sentymenty starszych mieszkańców Rosji. Są to przecież wyborcy, a p. Putin – jak każdy zresztą – musi brać udział w demokratycznych festiwalach obłudy. Mimo wszystko, depesza rosyjskiego prezydenta jest wyjątkowo zachowawcza, nawet jak na byłego agenta KGB, który faktycznie mógłby się prywatnie zasmucić… Niestety jednak, nagroda „Złotych, Kłamliwych Ust” wędruje do prezydenta Chin, Xi Jinpinga. Chiny to wyjątkowo ciekawy kraj – w żadnym innym (poza Singapurem!) nie znajdziemy tak wielu perspektyw rozwojowych i tak liberalnej gospodarki. W żadnym innym też (poza Koreą Północną…) nie znajdziemy tak wielu symboli komunistycznych, właściwych dla systemów zgoła innych od dzisiejszego, chińskiego systemu Narodowo – Liberalnego. Nawet pełna nazwa tego państwa czy nazwa armii odwołuje się do niechlubnej historii Mao Zedonga, której Chińczycy z całą pewnością nienawidzą – przynajmniej w sporej części. Być może jest w tym szaleństwie jakaś metoda – zachowanie zardzewiałych bożków i gromkich, krzykliwych, rewolucyjnych haseł przy jednoczesnym wypychaniu narodu z bagna socjalizmu… Nie mniej, Xi Jinping powiedział: „Chiński naród stracił dobrego i szczerego towarzysza. Towarzysz Castro będzie żył wiecznie.” Oratorska przesada właściwa dla chińskiej kultury… Nie mogło oczywiście zabraknąć reakcji Watykanu. Cóż, papież Franciszek zdecydowanie nie jest moim faworytem. Niejednokrotnie jego wypowiedzi były na tyle niejasne, że brany był za lewaka. Cóż, jest to pewnie osąd zbyt surowy, lecz te wszystkie pełne hippisowskiego miłosierdzia wystąpienia (mające na celu zawrócenie młodzieży – głównie Zachodniej – na łono KK) zaczynają już być irytujące. „Otrzymawszy smutną wiadomość o śmierci Pańskiego drogiego brata, szanownej ekscelencji Fidela Alejandro Castro Ruza, byłego przewodniczącego Rady Państwa i rządu Republiki Kuby, składam kondolencje Waszej ekscelencji i innym krewnym zmarłego dostojnika, a także rządowi i narodowi tego umiłowanego kraju.” Niepotrzebna wazelina. Rozumiem, że papież musi pewne rzeczy pozorować i ubierać w język przeładowany patetyczną dobrocią, ale jeśli w ten sam sposób miałby wyrażać smutek z powodu śmierci zbrodniarza Castro, co z powodu śmierci prawdziwego bohatera i męża stanu (vide: gen. Pinochet) to jest to wyjątkowo niesprawiedliwe dla tych drugich. Niemalże potwarz. „Jednocześnie wznoszę modlitwy do Boga za jego odpoczynek i zawierzam cały naród kubański matczynemu wstawiennictwu Matki Bożej Miłosierdzia z el Cobre, patronki tego kraju.”

Uśmiechnąłem się – w przeciwieństwie zapewne do adresata kondolencji, Raula Castro. Ta drobna uszczypliwość w kierunku kubańskiego ateizmu państwowego wyszła papieżowi na plus – nawet, jeśli to nie były jego intencje. To trochę rehabilituje całość, choć chętnie zobaczyłbym jakieś ostrzejsze słowa, wzywające do nawrócenia… Zostawiając w tyle te akty PR-owskiego komedianctwa, nie możemy pozostawać głusi na prawdziwy, bolesny lament Międzynarodówki Socjalistycznej. Prawdziwe łzy boleści wylał w Białym Domu Kenijczyk, Barack H. Obama, finiszujący prezydent Stanów Zjednoczonych. „W chwili odejścia Fidela Castro wyciągamy rękę przyjaźni do Kubańczyków. Wiemy, że ta chwila wypełnia Kubańczyków – na Kubie i w USA – potężnymi emocjami.” Pieścił się z tą wypowiedzią nieco, trochę jak Clintonowie z ofiarami swoich gwałtów, ale koniec końców wystrzelił z podkreślaniem zasług Castro dla „zmian” w kubańskiej polityce. Zgoła inaczej, najszczerzej i najpiękniej, wypowiedział się Donald Trump, przyszły prezydent tego zamorskiego kartofliska, które – z takim prezydentem – może się znowu stać krajem wielkim. „Odszedł brutalny dyktator, który przez prawie sześć dekad gnębił własny naród. Dziedzictwo Castro to rozstrzeliwania ludzi, kradzieże, niewyobrażalne cierpienie, bieda i zaprzeczenie podstawowych praw człowieka. Wierzę, że śmierć Castro to początek odchodzenia od okropności, które trwały zbyt długo, ku przyszłości, w której wspaniali Kubańczycy wreszcie będą żyć w wolności na jaką zasługują.” I tak się zachowuje mąż stanu, tak się wypowiada przywódca. Chapeau bas, panie Trump, może ustawi pan do pionu tych zlewicowanych mordoklepów, którzy boją się wykrztusić słowo z powodu czyhających w ciemnych zakamarkach paragrafów o „mowie nienawiści…”

Dalej było już tylko gorzej. Jeden z najgorliwszych socjalistów współczesnej Europy, Francois Hollande, jak rasowy komunista mówił o „uosabianiu kubańskiej rewolucji”, „uosabianiu dumy z odrzucenia obcej dominacji” czy też nazywał go… ekhm… „wybitną postacią.” Nie mogło też zabraknąć czołowego mąciwody Unii, luksemburskiego wrzoda, Jeana – Claude’a Junckera, który na twitterze napisał: „Ze śmiercią Fidela Castro, świat stracił człowieka, który był bohaterem dla wielu.” Według zapłakanej Federici Mogherini, ta „historyczna postać” „odchodzi w czasach wielkich wyzwań i niepewności.” Czyżby miała nadzieję, że Kuba pod przywództwem Fidela przyjmie jakichś muzułmańskich uchodźców, którzy doprowadzają Federicę do płaczu? I dochodzimy do kulminacyjnego punktu w wyliczaniu ogólnoświatowych kondolencyj. Pan murzyn Jacob Zuma powiedział: „Prezydent Castro utożsamiał się z naszą walką z apartheidem. Zainspirował kubański naród do przyłączenia się do nas.” Doprawdy, panie Zuma? Ludzie pańskiego pokroju, faszyści i rasiści Czarnego Kontynentu, którzy przy wtórze terrorysty Nelsona Mandeli czy Chrisa Haniego nawoływali do mordowania Białych na pewno są zasmuceni śmiercią swojego ideowego kolesia, bliskiego przyjaciela najemnego psa wojny Che, który przecież czynnie wspomagał wszelkie czarne, socjalistyczne ruchy w całej Afryce?

I w tym momencie dochodzimy do ważnego pytania – kim był Fidel Castro, jak przebiegało jego życie i jakie były jego rządy na Kubie? Wielu przeciwników Fidela – mimo, iż słusznie zauważa, że był krwawym zbirem – niekoniecznie ma świadomość tego, dlaczego on na to miano zasługuje. Chętnie przedstawię krótki zarys tej… „historycznej” postaci – w pigułce. Zanim to nastąpi! Czytając biografię tej persony proszę mieć na względzie, iż wśród licznych orderów komunistycznych, ten bandyta odznaczony jest też Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski! Historia bandyty, po którym płacze świat. Fidel Castro na świat przyszedł jako bękart. Ojciec jego był rzecz jasna „wrogiem ludu”, ponieważ był biznesmenem – prowadził plantację trzciny cukrowej. Został ochrzczony, ale szybko porzucił wiarę na rzecz ateizmu. Lubował się w baseballu, sporcie amerykańskich imperialistów. W szkole uczył się dobrze (choć nie sądzę, by kubański poziom edukacji był jakimkolwiek wyzwaniem) ale szybko wyrzucono go ze szkoły ze względu na łobuzerkę, którą namiętnie uprawiał. Rodzice przenieśli go wówczas go szkoły jezuitów w Santiago Dolores (prywatnej!), by później przenieść go do najbardziej prestiżowej, jezuickiej szkoły na Kubie (też prywatnej!) w Hawanie. U schyłku roku 1945, rozpoczął studia prawnicze (nawet p. Andrzej Duda się śmiał ze swojej córki z powodu takiego kierunku…) na Uniwersytecie w Hawanie. Dały o sobie znać lewackie pomysły Castro, który wśród narastających na Kubie ruchów marksistowskich szukał swoich sprzymierzeńców – początkowo nieskutecznie (nikt nie przepadał za rozpuszczonym synalkiem „prywaciarza”). Wraz jednak z kolejnymi wiecami i protestami, lewicowa prasa po roku wykreowała go na takiego naszego Zandberga. Podczas nauki na Uniwersytecie, Castro obracał się w towarzystwie trzech lewicowych partii, samemu przystępując w 1947 roku do Kubańskiej Partii Ludowej (miał wtedy 21 lat).

W czerwcu tego samego roku przyłączył się do lewicowej inwazji na Dominikanę. Po przygotowaniach, 29 lipca 1947 roku atak miał się rozpocząć, jednak Castro – podczas ataku kubańskiej policji na fregatę na której się znajdował (statek jeszcze nie wypłynął) niczym tchórz którym był uciekł ze statku – mimo, iż posiadał strzelbę, ukradzioną wcześniej z komisariatu policji. W lutym 1948 roku Castro został pobity przez policję, która rozbijała nielegalny, lewacki występ – prawdopodobnie doznał ciężkich obrażeń mózgu, bo to właśnie wtedy się zradykalizował. Walczył później przeciwko… podwyżkom cen biletów autobusowych (trochę jak palikociarnia) i ożenił się z burżujką, studentką – Mirtą Diaz Balart. Jej ojciec dał im w prezencie kilka tysięcy dolarów, dzięki czemu para mogła spędzić trzymiesięczną podróż poślubną… w Nowym Jorku. W prezencie ślubnym otrzymali także 1 000 $ od… Fulgencio Batisty, przyjaciela Balartów. Tak, to ten sam generał Batista. Później Castro zaczytywał się w dziełach Marksa, Engelsa i Lenina, krystalizując swoje „poglądy”. W 1949 roku został ojcem, po czym zmuszony był ukrywać się… w Stanach Zjednoczonych, z uwagi na skierowane przeciwko niemu „represje”. We wrześniu 1950 roku uzyskał tytuł doktora prawa cywilnego (faktycznie, poziom nauczania w kubańskich szkołach nie mógł być duży). W 1952 roku, Fidel Castro został członkiem kubańskiej Izby Reprezentantów, co nie skończyło się dla komunistów happy endem, bo gen. Fulgencio Batista wziął sprawy w swoje ręce i pogonił czerwonych bandytów gdzie pieprz rośnie. I tak rozpoczęła się sławetna „dyktatura” Batisty. Co było potem? Postaram się w telegraficznym skrócie. Castro, zainspirowany pismami Josipa Broz Tity utworzył swój własny, konspiracyjny ruch socjalistyczny. Przygotowywał atak na koszary (celem zdobycia uzbrojenia potrzebnego do wywołania rewolucji) który to atak ostatecznie nastąpił 26 lipca. Można powiedzieć, że był to „rewolucyjny chrzest” Fidela. Ostatecznie, wraz z wieloma zwolennikami Castro trafił do więzienia, gdzie z niedobitków swych SocRycerzy stworzył „Ruch 26 lipca” (czemu mi się to kojarzy z ruchem „Sierpień ’80”? Ach… nieważne… choć postulaty podobne). Kontynuował swą lewicową propagandę, szkolił siepaczy, czytał Marksa i Lenina, nie odstępując na krok swoich mokrych snów o „Liberté-Égalité-Fraternité”. Tymczasem jego małżonka znalazła pracę w kubańskim MSW, niekoniecznie podzielając polityczne aspiracje męża. Gdy ten się o fakcie dowiedział, zażądał rozwodu.

Dzięki amnestii z 15 maja 1955 roku, Fidel Castro został zwolniony z więzienia wraz ze swymi kompanami. Ciekawostka – po rozwodzie zawarł jeszcze dwa związki. Owocem każdego było dziecko, niestety miłość nie była fundamentem żadnego. Po kilku tygodniach relatywnie pokojowej walki z Batistą, Fidel wraz ze swym bratem uciekł do Meksyku, z uwagi na nieprzychylne spojrzenia władzy. Tam też Fidel poznał Ernesto „Che” Guevarę i zaprzyjaźnił się z nim. Jeden drugiemu słodził i kadził („kruk krukowi…”) i wspólnie obmyślali plany nadchodzącej rewolucji. Szybko okazało się, że gdy socjalizm potrzebuje pieniędzy, to ani barter ani dystrybucjonizm nie są w cenie. Fidel udał się po jałmużnę do USA, którą otrzymał od Carlosa Prío Socarrása – w wysokości 100 000$. No cóż, z taką ilością zielonych można już było śmiało planować komunę… Wspólnie z Guevarą rozpoczęli rewolucję, wygraną przez socjalistów u schyłku lat ’50. Fidel Castro zdobył władzę i rozpoczął przebudowę państwa na swoją modłę. Co zrobił? Zaczął oczywiście – jak każdy komunista – od mordowania i torturowania opozycjonistów. Dokładna liczba zamordowanych nie jest znana, ale szacuje się ją na powyżej 10 000. Kiedy ucichły już głosy rozsądku, Castro postanowił rozpocząć nacjonalizację gospodarki.

Zaczął od przemysłu cukrowego, a skończył na… wszystkim. Tak, komuna była kompletna – każda gałąź gospodarki była kontrolowana przez państwo, a wszelkie dobra dystrybuowane między ludzi przez rząd. Państwowe szkolnictwo i służba zdrowia z roku na rok obniżały swoje standardy, a ludzie biednieli – nie tylko materialnie, ale i duchowo, borykając się z coraz częstszą i nachalniejszą inwigilacją ze strony władz. Dzięki zaś Che, na Kubie powstawały obozy koncentracyjne dla osób homoseksualnych i mężczyzn po prostu uznawanych za zniewieściałych („pedałów w rurkach”, jak to mawiają Sebixy) i fakt – do mordów nie dochodziło tam zbyt często. Ale jednak! Państwo zbudowane przez Fidela Castro i jego zwolenników to niemalże skansen, w którym oglądać można Związek Radziecki z pierwszej połowy dwudziestego wieku. Ludzie rzuceni w wir skrajnego ubóstwa, bez wykształcenia, bez opieki medycznej, bez nadziei. Wolność istniała na Kubie tylko jako pusty slogan, używany przez partię Fidela do opisywania zniewolenia. To jest właśnie bohater naszych dzisiejszych elit, a system który budował to ich plan na nas – co najgorsze – naprawdę ułagodzony plan. Niech się więc Castro w kotle belzebubim smaży, a wrogowie naszej Ojczyzny niechaj jak najprędzej do niego dołączają. Deus Vult. A wzmiankowany przeze mnie w tytule Jaś Kapela zasadniczo nie odniósł się do śmierci Fidela Castro, niemniej kto wie, czy nie powstanie seria trenów na ten temat pisana jego piórem? Kto wie jakie emocje mogą teraz targać duszą najprzystojniejszego z poetów lewicy? Przez jego nazwisko nawet tytuł tego felietonu się zrymował! Czy to nie jest aby znak? Czas pokaże.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.