Foto: et.wikipedia.org

Od pierwszego stycznia 2015 roku ma rozpocząć działalność nowy sojusz gospodarczy. Eurazjatycka Unia Gospodarcza to wzorowana na Unii Europejskiej umowa pomiędzy Rosją i czterema państwami postradzieckimi – Białorusią, Kazachstanem, Armenią i Kirgistanem. Jej celem ma być zacieśnienie współpracy między krajami członkowskimi i zwiększenie ich konkurencyjności.

Wyklęty przez zachodni świat Władimir Putin, nie zamierza składać broni i korzyć się przed unijnymi przywódcami. Zamiast tego, tworzy własną koalicję państw z eurazjatyckiego regionu. O ile UE jest tworem nienaturalnym i pozbawionym jakiegokolwiek podłoża spajającego przynależące do niej kraje, o tyle Putinowska (bo tak to trzeba nazwać) EUG posiada wszelkie przesłanki do tego by istnieć, biorąc pod uwagę chociażby czynniki historyczne czy geograficzne.

Nowo powstały sojusz to przeobrażona Unia Celna Rosji, Białorusi i Kazachstanu. Poszerzony o dwa kolejne państwa, będzie koordynował handel, politykę przemysłową i rolną, rynki pracy, transport, systemy finansowe oraz kwestie dotyczące energetyki.

Fakt, że umowa o współpracy podpisana została w Moskwie jest oczywiście nieprzypadkowy. To Rosja jest najbardziej liczącym się państwem w tej grupie i jest jasne, że decydującym głosem w projekcie dysponował będzie Putin. Jak pokazała jednak konferencja zorganizowana z okazji podpisania owej umowy, rosyjski przywódca nie może czuć się niczym „święta krowa”. Działania Kremla ostro skrytykował bowiem prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka. Zarzucił on Rosji złamanie postanowień Unii Celnej, przejawiające się w nałożeniu restrykcji na białoruskie towary. Ten drobny pstryczek w nos nie mógł, mimo wszystko, zburzyć nastroju jedności i braterstwa, jaki z pewnością chciał tego dnia osiągnąć Putin.

Można by zapytać: po co prezydent Rosji chce rozszerzać na gruncie oficjalnym międzynarodową współpracę swojego kraju? Odpowiedź wydaje się oczywista: w dzisiejszym świecie podzielonym na obozy pro- i antyputinowskie, gdzie szala dość wyraźnie przechyla się na korzyść tego drugiego, Putin potrzebuje sojuszników, choćby miał szukać ich wśród państw poradzieckich. Współpraca gospodarcza to dobry pretekst dla sprawdzenia, kto jest ze mną, a kto przeciwko mnie. A jeżeli można jeszcze przy okazji pokazać Unii Europejskiej, że nie musi mieć ona monopolu na zrzeszanie, jest to dla Kremla dodatkowy atut. Warto będzie przyglądać się dalszym poczynaniom EUG, bo przecież nie po słowach, a owocach ich poznacie.