Debata o Polsce odbywająca się na przełomie 31 sierpnia – 1 września ma dla mnie coś ze znamion symbolu.

Zdecydowanie uważam, że za słabo akcentujemy to, co dzieje się w Europie Zachodniej, to, że bronimy – do czego mamy prawo – naszej rzeczywistości, w której wydarzenia chociażby z Barcelony nie mają miejsca. W Europie Zachodniej trwa niewypowiedziany stan wojenny, ale wszyscy uczestniczą w chocholim tańcu, zaklinając rzeczywistość i udając, że nie widzą tego, co widać gołym okiem. Udają, że nie dostrzegają Europy brnącej w kierunku absolutnej katastrofy. Każdy, kogo stać, by odwołać się do zdrowego rozsądku, musi to zobaczyć. Nie przyjmuję, że politycy zachodnioeuropejscy tego nie widzą.

Robert Cialdini, amerykański psycholog i psychiatra, napisał książkę „O wywieraniu wpływu na ludzi”, w której twierdzi, że jednym z ważniejszych mechanizmów kierujących ludźmi jest tzw. „prawo zaangażowania”. Moim zdaniem, w jakiejś mierze obserwujemy to dzisiaj. Politycy zachodnioeuropejscy na czele z panią Merkel popełniają straszliwe – delikatnie mówiąc – błędy, ale brną w nie tak bardzo, że wymyślają coraz bardziej idiotyczną retorykę, żeby je uzasadniać.

Polska się przed tym broni, więc jesteśmy atakowani ze wszystkich stron. Działa tu mechanizm „pokaż człowieka, a kij się zawsze znajdzie” – w tym wypadku „pokaż państwo”. Uderza w nas fala, która ma nas zmusić do poddania się szaleństwu forsowanemu przez Unię Europejską i nie ma wątpliwości, że ta fala będzie wzbierać. Pytanie, jak się temu przeciwstawić. Jestem przekonany, że Polska stoi po właściwej stronie, po stronie normalności. Nie jest tak, że większość ma zawsze rację, historia pokazywała to wielokrotnie. Powinniśmy działać w myśl powiedzenia „czyń swoje”. Musimy wytrwać na tej drodze normalności, wierząc, że Europa się przebudzi. Jeśli się nie przebudzi, to rokowania są bardzo złe i jeszcze gorsze.

Widzę wielkie niebezpieczeństwo w tym, że głos szaleństwa wydobywający się z Europy Zachodniej, głos nawołujący nas, byśmy stanęli w jednym szeregu z tymi szaleńcami, niestety znajduje odzew w części tzw. elit politycznych w Polsce i u części społeczeństwa, które ulega manipulacji. Jak widziałem pana Michała Boniego, pracownika Służby Bezpieczeństwa pouczającego o ideałach „Solidarności”, to miałem wrażenie, że słyszę jakiś diabelski rechot. Przypomnijmy, że kiedy na jaw wyszła prawda o Bonim, Donald Tusk skwitował to jednym zdaniem: „Współpracował, teraz niech odpracuje” – w domyśle, „odpracuje na stanowisku rządowym”. Jest to coś, co trudno wytłumaczyć, nie odwołując się do psychiatrii. I te łotry, okłamujące nas tyle lat, dziś zabierają głos jako rzekomi apologeci „Solidarności” i pouczają nas.

Współdziałanie zewnętrzne i wewnętrzne jest więc dużym zagrożeniem dla normalności. Wiele osób wciąż – tak jak pisałem w ostatnim felietonie – jest uśpionych. Jeśli słyszą konkretny głos z Francji, Holandii i głos ten pada w dodatku na podatny grunt polskich „łże – elit”, to rodzi się naprawdę duże niebezpieczeństwo. Podczas podróży po Europie często rozmawiam z Polakami, którzy zostali wygnani przez poprzednią ekipę rządzącą. Ci Polacy zwracają uwagę, że w gazetach niemieckich czy francuskich nigdy nie ukazały się artykuły mówiące o tym, jak o tych krajach mówią czy piszą polskie media. Ich to kompletnie nie interesuje, są ponad to. Uważają, że są półkę wyżej niż Europa Wschodnia. Tymczasem wystarczy, że niemiecka gazeta napisze coś o Polsce, natychmiast Michniki i Lisy wmawiają nam, że musimy wsłuchiwać się w ten głos, bo jest to głos elit europejskich. Wciąż próbuje się nam serwować pedagogikę wstydu, stawiając za wzór kraje Europy Zachodniej, choć gołym okiem widać, że nie tylko nie są one wzorem, ale pozostają na drodze ku całkowitej zapaści.

Krótko mówiąc, to my jesteśmy na dobrej drodze. Chcę wierzyć, że mimo wszystko na niej wytrwamy. Nie będzie o to łatwo, już szantażuje się nas środkami unijnymi, szantaże będą powielane, z całą pewnością dołączą do tego inne formy nacisku, bo dla europejskiego lewactwa polska wiara i polska tradycja są zagrożeniem. Pamiętajmy jednak, że niejeden raz byliśmy przedmurzem Chrześcijaństwa i dzisiaj w jakiejś mierze pozostaje mieć nadzieję, że będziemy miejscem, w którym wartości  – niegdyś ważne dla całej Europy – odnowią się.

Chciałbym podzielić się też refleksją. Mimo wielu podróży zagranicznych, wakacje od 30 lat spędzamy w Polsce, w tym roku jednak wybraliśmy się na Cypr. I jeden obrazek z tego wyjazdu: przedzielone na pół miasto, Nikozja. W 1974 roku połowę dzisiejszej stolicy zajęli Turcy i tak jak ją zajęli, tak wygląda do dziś. Jak były dachówki, tak te dachówki pospadały i nikt z nimi nic nie robi. Popękane mury, niszczejące miasto, kościoły pozamieniane w meczety. Dla przeciwwagi druga część Nikozji, zupełnie inna. Cypryjczycy są głęboko wierzący, zaledwie 3% Cypryjczyków się rozwodzi, kościoły są pełne i ta chrześcijańska Nikozja jest kwitnąca. To, co widziałem po stronie tureckiej, kojarzyło mi się z najazdem szarańczy, która zajmuje i niszczy połowę pola.

Tę sytuację z Cypru szerzej obserwujemy w Europie. Najazd szarańczy ma również miejsce. Odbywa się to mniejszymi falami, ale jest to fakt. My się przed tym bronimy i obyśmy pozostali tak, jak ta chrześcijańska, kwitnąca część Nikozji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.