Wyspa Fantazji

Każda premiera filmowa musi liczyć się z tym, że spotka się zarówno z pozytywnym odbiorem jak i z krytyką. “Wyspa Fantazji” była swego rodzaju adaptacją swojej serialowej wersji. Jednak wbrew pozorom różniło je znacznie więcej. Jeff Wadlow zdecydował się opowiedzieć o szczegółach kręcenia filmu, bohaterach oraz wizji, którą miał nadzieję zrealizować. Przyjrzyjmy się bliżej sekretom tajemniczej wyspy.

Dlaczego zdecydowałeś się nakręcić film „Wyspa Fantazji”?

Jeff Wadlow: Po nakręceniu „Prawdy czy wyzwania” wspólnie z Jasonem Blumem [prezesem studia Blumhouse Productions] zacząłem się zastanawiać, jaki będzie mój następny krok. Miałem pomysł na projekt inspirowany „Wyspą Fantazji” i Jason się o nim dowiedział. Odwiedził studio Sony i wykupił prawa do serialu. Potem zadzwonił do mnie i powiedział: „Mam prawa do «Wyspy Fantazji», zróbmy to razem”. A ja na to: „W porządku, brzmi całkiem nieźle”. Bądźmy szczerzy, niewielu producentów może sobie na coś takiego pozwolić. Właśnie dlatego Jason jest jednym z najlepszych w Hollywood.

  • Czym wasza „Wyspa Fantazji” różni się od oryginalnego serialu telewizyjnego?

    JW: Różnic jest bardzo dużo, przede wszystkim nasza wersja jest świeża. Starałem się spojrzeć na ten projekt z punktu widzenia kogoś, kto nie oglądał serialu. Według mnie istnieją tylko dwa powody, dla których można istniejącą już produkcję przekształcić w nowy film albo serial. Albo jesteś przekonany, że oryginał ma wielu fanów, albo uważasz, że pomysł na niego był dobry. Według mnie w przypadku naszego filmu powodem była ta druga kwestia. Pomysł był po prostu fantastyczny. Serial był świetny i miał ogromny potencjał. Zainspirowany nim chciałem go rozbudować i wykorzystać do stworzenia zupełnie nowej historii dla zupełnie nowej publiczności.

    Wyspa Fantazji

    Jakie było twoje założenie? Czym jest „Wyspa Fantazji”?

    JW: To miejsce, w którym spełniają się wszystkie marzenia, aczkolwiek często wiąże się to z niechcianymi konsekwencjami, które mogą doprowadzić nawet do śmierci. Na wyspie panują tylko dwie zasady. Pierwsza: każdy gość może spełnić wyłącznie jedną fantazję. Druga: nie możesz przerwać swojej fantazji, bez względu na wszystko musisz pozwolić jej naturalnie się zakończyć.

    Skąd pomysł, aby dodać do filmu “Wyspa Fantazji” elementy horroru?

    JW: To zabawne, bo ciągle słyszę to pytanie. Gdy w internecie ogłosiliśmy, że robimy ten film, każdy mówił: „To będzie “Wyspa Fantazji” przerobiona na horror”. Ale przecież już oryginalny serial był mroczny. W jednym z odcinków Roddy McDowall gra diabła – to przecież jest horror! Według mnie nasz film nie jest nową interpretacją oryginału, a raczej produkcją, która wyciąga z serialu to, co było w nim najistotniejsze. Wszystkim najlepszym horrorom towarzyszy jedno przesłanie: uważaj, czego pragniesz, bo może się to spełnić. Jest w tym coś z moralitetu – każdy czyn ma swoje konsekwencje. Taka jest dosłowna interpretacja fabuły „Wyspy Fantazji”, postacie przyjeżdżają na wyspę i mówią, czego chcą. Tego typu naturalna scena, w której każdy może powiedzieć, czego dokładnie pragnie, jest dla scenarzysty nieprawdopodobnym darem. Potem następują oczywiście zwroty akcji i zamiast dostawać to, czego chcą, bohaterowie dostają to, czego potrzebują. O ile uda im się przeżyć…

    Zatem to było coś naturalnego?

    JW: Musiało być. Jeśli coś jest wymuszone, nie ma prawa zadziałać. Nie będę wymieniał konkretnych tytułów, ale w przypadku kilku ostatnich premier twórcy usiłowali zmienić gatunek oryginału – i się im nie udało. Takich filmów nie uratuje ani największa gwiazda kina w obsadzie, ani ogromny budżet. Zawsze trzeba być wiernym temu, co w oryginalnym materiale było najistotniejsze. Niektórzy żartują, że następny będzie „Statek miłości” w wersji Blumhouse Productions. Pomysł ciekawy, ale to byłby niewypał, bo ten serial nie miał żadnych elementów horroru. W przypadku „Wyspy Fantazji” były one wpisane w DNA serialu. Właśnie dlatego nasz film się udał.

    Czyli z tego słyną filmy studia Blumhouse?

    JW: W naszych produkcjach nie boimy się pokazywać ponurej, mrocznej strony życia. W tym filmie zdecydowanie jest obecna złowroga atmosfera, wyczuwalna niemal w każdej scenie, do tego cała masa zwrotów akcji i tajemnic. Widzowie nie mają pojęcia, co się tak właściwie dzieje. Pan Roarke, właściciel hotelu na wyspie, jest bardzo interesującą postacią, ponieważ tak naprawdę nie wiemy, kim jest na początku filmu. Goście hotelu zadają wiele pytań i widzowie też będą to robić. Czy ten facet to jakiś znany miliarder, który kupił sobie wyspę, a teraz spełnia marzenia innych, wykorzystując do tego technologię? Szprycuje drinki jakimiś prochami, żeby przeprowadzać na gościach dziwne, psychodeliczne eksperymenty? A może jest jakąś tajemniczą postacią, która zawarła pakt z diabłem? Żaden z gości odwiedzających wyspę tego nie wie. Oczywiście jednak w końcu wszyscy się dowiedzą, kim jest Pan Roarke. Myślę, że dla wielu widzów to będzie niespodzianka.

    Wyspę odwiedza sporo gości. Kim oni są?

    JW: Na początku filmu na wyspę przybywa czworo gości, a każdy z nich pragnie czegoś innego. Melanie, którą gra Lucy Hale, chce zemścić się na dziewczynie, która dokuczała jej w liceum. Patrick – w tej roli Austin Stoll – chce przeżyć wojskową przygodę w stylu gry „Call of Duty”. Wkrótce zdaje sobie jednak sprawę z tego, że uczestniczy w czymś o wiele bardziej realistycznym, niż sobie wyobrażał. Walczy o życie i ponosi bardzo poważne konsekwencje. Jest też JD, który przyjechał na wyspę ze swoim adoptowanym bratem Braxem. Obaj marzą o bogactwie. Pragną mieć wszystko, a gdy już osiągają cel, przekonują się, że inni chcą im wszystko odebrać.

    Mamy również Gwen, którą gra Maggie Q. Gdy bohaterka przybywa na wyspę, nie wie, czego tak naprawdę chce. Żałuje wielu rzeczy. Chciałaby rozegrać niektóre sytuacje jeszcze raz. Ostatecznie przekonuje się, że możliwość poprawy, którą dostała, jest niezwykle prawdziwa i wiąże się z równie prawdziwymi konsekwencjami. Wkrótce zaczyna żałować chwili, w której zapragnęła drugiej szansy… i desperacko prosi o jeszcze jedną.

    • Struktura filmu “Wyspa Fantazji” pod tym względem zupełnie odbiega od tej znanej z serialu – historie różnych postaci zbiegają się w nieoczekiwanych momentach…

      Tak. Jestem niemal pewny, że w oryginalnym serialu fantazje bohaterów nigdy się nie mieszały. Praktycznie w każdym odcinku jedna postać przylatuje samolotem, po czym idzie w swoją stronę. Później przylatuje druga i idzie w zupełnie innym kierunku. Taki był zamysł tego serialu. Prawa do niego należały do studia Spelling-Goldberg Productions, które chciało mieć możliwość sprzedawania za ocean pojedynczych, półgodzinnych odcinków. Fantazje bohaterów nigdy się więc nie nakładały. Było to dla mnie niezwykle ważne ze względu na strukturę filmu. Chciałem, aby przez pierwszą godzinę fantazje przypominały serial, były wciągające same w sobie i zawierały jakiś interesujący zwrot akcji. W założeniu widz miał czuć się tak, jakby oglądał jeden długi odcinek serialu. Wydaje mi się jednak, że podświadomie publiczność czuje, że prędzej czy później fantazje się ze sobą spotkają. Dlatego chciałem jak najdłużej odwlekać ten moment, aby zbyt szybko nie zaburzyć serialowej struktury.

      Wyspa Fantazji

      Jak podszedłeś do kwestii castingu do roli Pana Roarke’a?

      JW: Ricardo Montalbán, aktor wcielający się w rolę Pana Roarke’a w oryginalnym serialu, to prawdziwy bohater latynoskiej społeczności. W dodatku jest utożsamiany z tą właśnie rolą. Trudno wskazać inną postać tak mocno związaną z aktorem, który się w nią wcielił. Myślę, że większość popkulturowej publiczności nie potrafiłaby już odróżnić Roarke’a od Montalbána – tak bardzo rola przylgnęła do aktora. Właśnie dlatego zależało mi na tym, by obsadzić w tej roli latynoskiego aktora.

      Michael Peña przyszedł mi na myśl jako pierwszy. Chciałem oddać hołd Ricardowi Montalbánowi i wykreowanej przez niego postaci Roarke’a, ale jednocześnie wiedziałem, że musimy zrobić coś innego. Jeżeli obsadziłbym w tej roli starszego latynoskiego aktora i ubrał go w garnitur, wyszłoby z tego jedynie powielenie oryginalnej postaci, podczas gdy ja chciałem zaproponować nowego Roarke’a. Peña okazał się strzałem w dziesiątkę. Z jednej strony uhonorował dziedzictwo Montalbána, a z drugiej wykreował nową postać. Sposób, w jaki zagrał Roarke’a, jest jednocześnie ponadczasowy i współczesny. Na przykład mamy biały garnitur, ale koszula nie jest wciągnięta w spodnie. Brakuje krawata. Roarke jest zarówno zabawny, jak i groźny. Niewielu jest na świecie aktorów, którzy potrafią osiągnąć taki efekt. Gra aktorska Michaela uwydatnia tajemniczość Roarke’a. Jego zagadkowość, złowieszczość przypominają nieco Willy’ego Wonkę. Bez tego film by się nie udał.

      A co powiesz o charakterystycznym akcencie bohatera, kto wpadł na ten pomysł?

      JW: Nieustannie dyskutowaliśmy na ten temat. Początkowo chciałem, aby bohater mówił z akcentem. Gdy obsadziliśmy Michaela w roli Roarke’a, stwierdziliśmy, że bohater będzie takim latynoskim Markiem Zuckerbergiem, który kupił sobie wyspę. Bawiliśmy się tym pomysłem przez jakiś czas, aż w końcu Michael opowiedział nam o tych wszystkich świetnych meksykańskich aktorach, których spotkał na planie „Narcos” i o ich specyficznych akcentach. Mimo że to współcześni aktorzy, ich angielski jest bardzo formalny. Kiedy Michael zaczął tak mówić, od razu miałem przed oczami Roarke’a.

      Reszta obsady również jest dość zróżnicowana. To celowy zabieg?

      JW: Zależało mi na tym, żeby obsada była zróżnicowana i międzynarodowa. Chciałem, aby jak najwięcej ludzi mogło utożsamić się z bohaterami. Film ma przecież niezwykle uniwersalne przesłanie: gdy w końcu spełni się twoje marzenie, rezultat może nie być taki, jak się spodziewałeś. Koniec końców zdajesz sobie sprawę z tego, że może wcale nie zasługujesz na to, czego chcesz, tylko na to, czego potrzebujesz. Żeby jednak to przesłanie dotarło do jak największej liczby osób, obsada musiała przypominać ludzi, którzy chodzą do kina. Według mnie udało się nam osiągnąć cel – nasza obsada jest bardzo zróżnicowana i interesująca.

      Czy tworzyłeś ten film z myślą o jakiejś konkretnej grupie odbiorców? Próbowałeś skupić się na fanach oryginalnej „Wyspy Fantazji” czy raczej na współczesnych nastolatkach?

      JW: Zdecydowanie celowałem w obydwie grupy. Mam nadzieję, że film spełni oczekiwania fanów oryginału, a jednocześnie zachęci całkowicie nową grupę widzów do pójścia do kina. Ciekawie było na nowo zinterpretować oryginał. To nie jest skok na kasę. Nie mówimy czegoś w stylu: „Hej, pamiętacie tę grę wideo, w którą graliście za dzieciaka? Zrobiliśmy z niej film!”. Nie możemy czegoś takiego zrobić, bo pewnie ponad połowa wszystkich kinomanów nie ma pojęcia, czym jest „Wyspa Fantazji”. Ludzie myślą, że to jakieś reality show.  Nie lubię, kiedy nasz film określa się mianem „nowej interpretacji” oryginału. To coś innego, naszego. Lepszym określeniem byłoby „nowe zaprezentowanie”. Według mnie takie określenie jest dobre, ponieważ sama fabuła jest niesamowita. Jeżeli jesteś fanem oryginalnego serialu, to przypomnisz sobie, że twórcy mieli na niego świetny pomysł. Jeśli natomiast w ogóle go nie znasz, to w niczym nie przeszkadza. A wiesz czemu? Bo ten pomysł jest po prostu świetny.

      Czy w filmie jest dużo ukrytych żartów i nawiązań?

      JW: Chciałbym mieć tyle czasu albo pieniędzy, żeby móc skupić się na takich rzeczach. Jedną z naszych świadomych decyzji było przeniesienie do filmu najbardziej kultowych elementów serialu. Chodzi przede wszystkim o biały garnitur Pana Roarke’a i miejsce akcji na tropikalnej wyspie. Oczywiście również samo zawiązanie akcji, czyli przybycie samolotu, o którym ktoś informuje Roarke’a. Goście wysiadają, poznajemy ich po raz pierwszy, a Roarke każe się wszystkim uśmiechać. Od samego początku chcieliśmy, aby film zawierał te elementy. Jeżeli oprócz nich widzowie znajdą jeszcze jakieś nawiązania, to już zasługa działu artystycznego!

      To dość niskobudżetowy film. Co podczas jego produkcji kosztowało najwięcej?

      JW: Robiący salta skuter wodny w scenie z imprezą. Zasilany paliwem rakietowym, którego nie można wysłać pocztą. Na całym świecie jest to niezgodne z prawem. Przetransportowanie tego skutera na Fidżi było prawdziwą męką. Powiedziałem mojemu koordynatorowi kaskaderów, Alanowi D’Antoniemu, że w scenie z imprezą chciałbym mieć coś, czego w żadnym filmie jeszcze nie było, np. tyrolkę do zjeżdżania. On pokazał mi filmik na YouTube, na którym jakiś gość w basenie robi salto na skuterze wodnym. Od razu powiedziałem: „To jest to! Tego chcę! Chcę skuter wodny robiący salta!”. Robin Fisichella, nasza kierowniczka produkcji, stwierdziła wtedy: „Nie stać nas na to. Nie możemy tego zrobić. Nie ma szans”. Uśmiechnąłem się i odparłem: „Wymyśl coś, proszę. Jeżeli na świecie jest ktoś, kto potrafi załatwić skuter robiący salta, to właśnie ty, Robin”. Niedługo potem powstało z tego nasze nowe powiedzonko. Za każdym razem, gdy coś poszło nie tak, Robin krzyczała: „SALTO SKUTEREM!”.

      Skąd bierzesz pomysły? Czy przychodzą ci do głowy codziennie, czy tylko wtedy, gdy pracujesz nad scenariuszem?

      JW: I jedno, i drugie. Gdy piszę i zajmuję się produkcją, myślę intensywniej. Oczywiście nie zmienia to faktu, że nieustannie poszukuję inspiracji. Fascynuje mnie interakcja pomiędzy filmem a widzami. Podczas studiów napisałem pracę, w której stwierdziłem, że nie tworzymy filmów, tylko doznania dla widzów. Film nie jest gotowy, dopóki widzowie nie zderzą fabuły ze swoim własnym życiem. Właśnie dlatego zawsze towarzyszy mi kilka myśli. Jak mogę przyciągnąć uwagę widzów? W jaki sposób mogę zabawić się ich oczekiwaniami? Jak sprawić, żeby wciągnęła ich fabuła? Co się stanie, jeśli powiem im jedno, a potem na ekranie pokażę coś innego? Bardzo mnie intryguje aktywne opowiadanie historii. Zatem w skrócie odpowiedź na zadane pytanie brzmi: zawsze myślę o tym, jak grać w tę grę na różne sposoby.

      Co cię inspiruje jako reżysera? Czy jacyś konkretni autorzy lub reżyserzy mieli na ciebie szczególny wpływ?

      JW: Wszyscy najlepsi. Uwielbiam popkulturę, a zatem na pewno Steven Spielberg, Francis Ford Coppola, James Cameron, Ridley Scott. Najwięcej jednak przejąłem chyba od Richarda Donnera. Zawsze podobało mi się w nim to, że nie ogranicza się wyłącznie do jednego gatunku filmowego. Nakręcił „Omen”, „Goonies”, „Zabójczą broń”, „Supermana” – potrafił się odnaleźć w wielu różnych gatunkach, a jednocześnie jego filmy miały jakieś elementy wspólne. Wydawały się autentyczne. Były wiarygodne. Nigdy nie miało się wrażenia, że aktorzy jedynie grają swoje role. I niezależnie od tego, jak mroczny był film, zawsze zawierał jakieś elementy humorystyczne.

      Co chciałbyś, żeby widzowie wynieśli z seansu „Wyspa Fantazji”?

      JW: Kiedy zaczęliśmy pracę nad filmem, chcieliśmy przekazać fanom jedną wiadomość: chodźcie się zabawić. Miejsce jest niesamowite, obsada wspaniała, a historia bardzo wciągająca – chodźcie więc i bawcie się dobrze. Odwiedźcie „Wyspę Fantazji”. Będzie ekscytująco. Będzie strasznie. I będzie całkiem zabawnie, ale też zaskakująco emocjonalnie. Chcieliśmy, żeby widzowie wybrali się w podróż i przeżyli przygodę. Gdy jednak już to ustaliliśmy, postanowiliśmy skupić się na innym przesłaniu, mianowicie: nie można żyć przeszłością. Ta idea towarzyszy bohaterom naszego filmu. Wraz z rozwojem wydarzeń zdają sobie sprawę z tego, że nie mogą żyć z poczuciem żalu. Muszą iść naprzód, a jeśli będą robić cokolwiek innego, sami sobie przysporzą problemów.

      Jeff Wadlow – reżyser, scenarzysta i producent filmu.

      Po ukończeniu Dartmouth College Jeff Wadlow zapisał się na kurs producencki Petera Starka (Peter Stark Producing Program) na Uniwersytecie Południowej Kalifornii. Tam, w ramach swojej pracy dyplomowej, napisał scenariusz do filmu „The Tower of Babble”, który również wyreżyserował. Produkcja otrzymała wiele nagród, w tym także nagrodę główną podczas festiwalu Chrysler Million Dollar Film Festival. Reżyserowi przyznano wtedy dotację w wysokości miliona dolarów, którą wykorzystał do nakręcenia „Kłamstwa” – swojego pierwszego filmu pełnometrażowego, za którego dystrybucję odpowiadało Universal Studios.

      Kolejną produkcją reżysera był łączący elementy dramatu i kina akcji obraz „Po prostu walcz!”. Film pokonał wysokobudżetową konkurencję i otrzymał nagrodę MTV Movie Awards w kategorii „najlepsza scena walki”. Rozpoczął tym samym serię filmów o MMA, na którą oprócz nagrodzonego filmu składają się jeszcze dwie kontynuacje. Wadlow był również współtwórcą i producentem wykonawczym filmu „Non-Stop” z Liamem Neesonem w roli głównej. Napisał także historię i współtworzył scenariusz do pełnometrażowej produkcji „Bloodshot” z Vinem Dieselem. Film miał premierę w marcu tego roku, a za jego dystrybucję odpowiada studio Sony Pictures.

      • Kariera i współpraca

        „Wyspa Fantazji” studia Blumhouse Productions to filmowa adaptacja serialu telewizyjnego o tym samym tytule emitowanego w latach 1977–1984. Stanowi kontynuację współpracy Wadlowa z producentem Jasonem Blumem rozpoczętej w 2018 roku filmem „Prawda czy wyzwanie”, który mimo budżetu wynoszącego zaledwie 3,5 mln dolarów przyniósł dochód w wysokości niemal 100 milionów. Wcześniej Wadlow napisał scenariusz do „Wspomnień płatnego zabójcy”, na podstawie którego wyreżyserował film z Kevinem Jamesem i Andym Garcią w rolach głównych. Warto dodać, że film ten był jedną z pierwszych produkcji oryginalnych Netfliksa. Wcześniejsza produkcja, w której Wadlow odpowiadał zarówno za scenariusz, jak i reżyserię – „Kick-Ass 2” – znalazła się na liście dziesięciu najlepszych filmów roku według Quentina Tarantino, który stwierdził, że film wyróżnia się „niezwykle autorskim podejściem”.

        Wadlow współpracował również z telewizją, studiom CBS i Warner Bros sprzedał pomysły na dwa seriale, które doczekały się nagrania odcinków pilotażowych. Za produkcję obu seriali odpowiadał Joel Silver („Matrix”). Następnie Wadlow współpracował z Carltonem Cuse’em („Zagubieni”) i Kerry Ehrin („Friday Night Lights”) przy produkcji nominowanego do nagrody Emmy serialu „Bates Motel”. Ponownie połączył siły z Cuse’em przy pracy nad ostatnim sezonem serialu „Wirus”, którego twórcami byli Guillermo Del Toro („Kształt wody”) oraz Chuck Hogan („Miasto złodziei”). Wadlow napisał do niego scenariusz i był jednym ze współproducentów. Wyreżyserował i wyprodukował również drugi sezon komediowego serialu akcji „Ryan Hansen Solves Crime on Television”.

        W 2004 r. Wadlow założył The Adrenaline Film Project. Program, który miał na celu pomóc filmowcom w różnym wieku napisać scenariusz do filmu krótkometrażowego, nakręcić go i wyświetlić na festiwalu Virginia Film Festival, wszystko w zaledwie 72 godziny. W ramach tego programu Wadlow pomógł wyprodukować ponad 200 filmów krótkometrażowych i osobiście wsparł ponad 600 obiecujących filmowców.

        Gdzie można zobaczyć film “Wyspa Fantazji”?

        Premiera filmu będzie dostępna już 12 czerwca 2020 roku na platformach:

        • Canal+ Platforma
        • Chili
        • Apple TV
        • Orange VOD
        • Player+
        • Rakuten TV
        • UPC
        • Vectra

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.